Stracha Mam

Witaj w świecie grozy

Australijski dom lalki

Kino australijskie, szczególnie spod znaku grozy, to niełatwy orzech do zgryzienia dla teoretyków kina. Filmografia antypod nie jest łatwa do analizowania, gdyż trendy, które pojawiały się w różnych okresach czasu nie szczególnie łączą się ze sobą, ani nie przenikają. Lata sześćdziesiąte, kiedy wielu nawet nie przypuszczało, że była więzienna wyspa potrzebuje kultury, to okres szybkiego rozwoju kina (ale nie tylko X muzy – wystarczy tu przypomnieć jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków na świecie, czyli Operę w Sydney, której budowa została ukończona w 1973 roku) na tym terenie. Pierwsze filmy, z którymi Australijczycy byli kojarzeni to masowo produkowane komedie erotyczne. Jeśli weźmiemy jakąkolwiek gwiazdę filmową/telewizyjną działającą w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, istnieje niemal stu procentowa pewność, że miała ona swoje pięć minut w rozbieranych filmach. Uczestnictwo w takiej produkcji nie było broń boże czymś hańbiącym, bowiem był to okres wolnej miłości, odnalezienia swojej seksualności i kultu ciała. Lata siedemdziesiąte przyniosły drastyczna zmianę w tematach podejmowanych przez filmowców z antypodów. Jeśli mówimy o australijskim kinie z tego okresu to prawdopodobnie pierwsze co przyjdzie nam do głowy to „Piknik pod wiszącą skałą” Petera Weira oraz „Wake in fright”Teda Kotcheffa.

Poniżej: „Wake in fright” – Scena walki Johna Granta z kangurem. 

Nie wiedzieć dlaczego australijscy twórcy stawiali sobie za cel osiągnięcie komercyjnego sukcesu w Stanach Zjednoczonych. Stąd często w wyspiarskich filmach pojawiają się aktorzy pochodzenia amerykańskiego, dobrze znani i cenieni na srebrnym ekranie USA. Wystarczy wspomnieć tu o roli Denisa Hoppera w „Mad Dog Morgan” z 1976 roku w reżyserii Philipa More.

Gdzie w tym wszystkim jest kino gatunkowe? Otóż kino grozy odwoływało się głównie do australijskiej przyrody. Zwykle zmutowane, lub zwyczajnie przerośnięte zwierzęta atakowały najróżniejszych niespodziewających się niczego turystów. Pierwsze skrzypce gra tu najbardziej popularny w australijskim kinie grozy aligator, który stanowi stale powracający motyw  – wystarczy tu wspomnieć takie produkcje jak „Dark age”, „Rouge” czy „Black water”, chociaż pojawiały się też inne zwierzaki, jak chociażby gigantyczna dzika świnia w filmie „Razorback” z 1984 roku czy cała masa wytworów przyrody atakujących okropną parę w klasycznym australijskim obrazie „Long weekend”. Jednakże jednym z najlepszych australijskich obrazów grozy jest film najbardziej przypominający swoim klimatem i konstrukcją „Lśnienie” Kubricka – „Next of kin” z 1982 roku.

Linda po śmierci matki wprowadza się do odziedziczonego, zabytkowego domu starców. Bohaterka znajduje pamiętnik rodzicielki, która opisuje serię upiornych zdarzeń, które miały miejsce w mrocznym budynku. Z czasem Linda orientuje się, że wspomnienia matki są jej obecną rzeczywistością, zaś tajemnicza siła coraz bardziej jej zagraża.

Obraz „Next of kin” Tonego Williamsa nie posiadał wielkiego budżetu, nie miał gwiazdorskiej obsady (poza najbardziej znaną australijską gębą po Kylie Minogue – Johnem Jarrettem), ani zmutowanych zwierząt znanych z wielu poprzednich australijskich produkcji grozy. Mimo to jest jednym z najlepszych dreszczowców jaki wydała na świat więzienna wyspa. Składa się na to kilka części, które fantastycznie się uzupełniają.

Tony Williams mimo, że popełnił jedynie trzy filmy (w tym jeden dokumentalny), jest absolutnym mistrzem w prowadzeniu kamery. Historia Lindy to opowieść duszna, a z każdą kolejną minutą pętla coraz bardziej zaciska się i rozwiera dopiero wraz z makabrycznym rozwikłaniem zagadki zmarłej matki. Udaje się to osiągnąć dzięki ustawicznemu śledzeniu głównej bohaterki, częstym slow motion i nie pokazywaniu akcji poza kadrem – wtedy możemy tylko podejrzewać co dzieje się w miejscu na które patrzy bohaterka (w momencie wybuchu budynku widzimy twarz bohaterki, która rozświetlają języki ognia, majaczące gdzieś w oddali poza zasięgiem naszego wzroku).  Drugim sprawnym zabiegiem jest stworzenie poczucia izolacji od świata zewnętrznego. Dom, który dziedziczy bohaterka stoi na odludziu, i o tym reżyser przypomina nam w każdej scenie, kręcąc kolejne sceny tylko wieczorem lub nocą, często w oparach wszędobylskiej mgły, przez co wydaje nam się, że miejsce w którym cała historia się rozgrywa mogłoby równie dobrze być siedliskiem rodziny Adamsów. Widz zatem, wraz z główna bohaterką zmuszony jest do ciągłego balansowania pomiędzy tym co namacalne a tym co odrealnione. Z czasem granice te zatracają się i zmuszają nas do ciągłej refleksji nad prawdziwością przedstawianych wydarzeń (nawet scena znalezienia utopionych zwłok w jednej z pierwszych scen filmu nie daje nam gwarancji, że trup faktycznie znajduje się w wannie).

Atmosfery grozy, nawet w wykonywaniu codziennych czynności przez bohaterów filmu, nie udało by się osiągnąć bez genialnej muzyki Klausa Schulze. To właśnie dzięki niej mamy wrażenie, że historia głównej bohaterki i jej liczne powroty do dzieciństwa, maja charakter snu, a raczej sennego koszmaru. W wielu momentach widzimy Lindę w sytuacji gdy układa kolejny element układanki otwiera usta w chęci krzyku i wtedy szybkość filmu drastycznie zwalnia, zaś z ust bohaterki dobiega elektroniczny noise Schulze. Zabieg ten tylko potęguje atmosferę grozy i napięcia, sprawiając, że „Next of kin” posiada kilka scen,które spokojnie mogą uchodzić za arcydzieła w świecie filmowego horroru. Aż dziw bierze, że podobne sztuczki nie są wykorzystywane we współczesnym kinie (przypomnijmy sobie idealne zgranie obrazu i muzyki w momencie odsłonięcia kołyski przez Rosemary i ujrzeniu szatańskiego dziecka w obrazie nakręconym przez Polańskiego z dźwiękami stworzonymi przez Komedę).

Poniżej: Fragment genialnej ścieżki dźwiękowej w sekwencji snu bohaterki. 

„Next of kin” to film jeden z najlepszych chillerów lat osiemdziesiątych (jeśli nie po prostu jeden z najlepszych). Zaskakujące jest, że film ten nie zyskał powszechnego uznania i nie wszedł do szerokiej dystrybucji. Jeśli lubicie powolne odkrywanie tajemnicy w rytm niepokojącej muzyki, w lirycznej, sennej oprawie , ten obraz jest zdecydowanie dla Was i powinien znaleźć się szybko na waszej filmowej półce. Zdecydowanie polecam!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on Listopad 14, 2013 by in Horror, Recenzja and tagged , , , , .

Strachamam – Pinterest

Poster Perversion

Kocham dziwne kino

Kocham dziwne kino!

Panorama Kina

Cinema Frankenstein

Strach ma skośne oczy

Kategorie

Stracha Mam

Witaj w świecie grozy

DVD Commentary

From action movies to zombie flicks, sharing filmmakers' commentary on the films you love

AtmoWorks

A World Away, Worlds Within

The Dollar Horror Blog

A Celebration of All Things Spooky and Weird

Confessions Of A Christian Freak

[the various brain droppings, rants and general wackiness of Uncle NecRo]

Radio of Horror Blog

The Longest Running Horror Show in New England

Stigmatophilia's gore splattered corner of insanity.

Horror, Gore, Exploitation, Trash, Cult Movies; Reviews, Interviews, Music and More...

AnythingHorror.com

Horror Movies, Horror News, and So Much More

The Horrifically Horrifying Horror Blog

Inspiring ghouls of the fictional world of horror everywhere.

The B-Horror Blog

HORROR MOVIES: THE GOOD, THE BAD AND THE VERY, VERY UGLY...

Funky Jeff

Music&lifestyle worth writing about...

HORROR RISES FROM SPAIN

You Spanish horror podcast

Świątynia Krzyku

Poezja Kosmicznego Horroru

%d blogerów lubi to: