Stracha Mam

Witaj w świecie grozy

Germański cybotron

Ciekawość naukowców to woda na młyn rozwoju cywilizacji. Czasem jednak właśnie za ciekawość  trzeba zapłacić najwyższą cenę. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Nasza narodowa chluba, Maria Skłodowska-Curie prawie zmarła na skutek promieniowania na którego działanie była wystawiona w swoich codziennych badaniach. Znamy też całą masę mrożących krew w żyłach fikcyjnych historii na temat uczonych, którzy zagubili się w swoich działaniach popadając w obsesję a następnie w obłęd. Literatura dostarczyła sztuce filmowej wielu scenariuszy. W XIX wieku powstały dwa dzieła, które stanowią inspirację dla twórców ruchomych obrazów do tej pory.

Pierwszym była nowela mówiące o dualizmie ludzkiej natury. W „Strange case of Dr Jeckyll and Mr Hyde”  ceniony londyński lekarz odkrywa sekret eliksiru pozwalającego zmienić postać. Jednak alter ego doktora jest na tyle przesiąknięte złem, że staje się zagrożeniem dla życia londyńczyków. Nie mogąc zaakceptować swojego zwierzęcego ja, uczony popełnia samobójstwo.

Na zdjęciu Richard Mansfield wcielający się w postać Dr Jackyla i jego złego alter ego, NY 1887

Ta mała forma literacka niespodziewanie zrobiła niesamowitą karierę i przyniosła nieśmiertelność szkockiemu autorowi Robertowi Louisowi Stevensonowi (na zawsze wpisał się również w panteon największych literatów tworząc „Wyspę skarbów”, :Porwany za młodu”, „Czarna strzała” i wiele innych). Nic więc dziwnego, że opowieść szybko zainspirowała twórców filmowych do stworzenie najróżniejszych wariantów historii o szalonym doktorze. Pierwsza z nich pokazała się na srebrnym ekranie już w roku 1912 (a więc jeszcze w okresie kina naiwnego), kiedy film jako element sztuki nie funkcjonował a stanowił jarmarczną rozrywkę.

Temat przemiany ze spokojnego, zrównoważonego uczonego w nieokiełznaną bestię zdolną do najgorszych uczynków pojawiał się w bardzo różnych wersjach. I tak nasz naukowiec poprzez liczne modyfikacje to raz straszył, to znowu rozśmieszał. Dr Jeckyll pojawił się nawet w jednej z komedii z Abottem i Costello. Komediowy duet ścigał pana Hyda, który w tej odsłonie był zwykłym przestępcą. Co więcej w latach dziewięćdziesiątych, które były epoką pełną komedii, nie stroniących od tematów wojny płci, często o zabarwieniu erotycznym, Dr Jeckyll zmieniał się niejednokrotnie w… panią Hyde! Chodź przypadki takie znane są również z dzieł wcześniejszych.

Powyżej plakat do komedii romantycznej na motywach noweli Stevensona o wdzięcznym tytule „Dr. Jeckyll and Ms. Hyde”. Obok stiil z filmu „Dr Jekyll & Sister Hyde”, gdzie naukowiec po wypiciu wynalezionego przez siebie eliksiru przeistacza się w piękną ale złą do szpiku kości kobietę.

Nawet gwiazda wczesnych filmów Hammer Studios nie odmówiła sobie możliwości zagrania szalonego naukowca w komediowym wydaniu. W roku 1980 Oliver Reed zagrał w bardzo chłodno przyjętej produkcji „Dr. Heckyl and Mr. Hype”, wcielając się w rolę tytułowej postaci. Film nie zyskał jednak rozgłosu, głównie ze względu na marny plot i jego komiczne konotacje. To nie tego oczekiwała od Reeda publiczność, znająca go z jego mrocznych, często dramatycznych występów. Wystarczy tu wspomnieć jego niezwykłe kreacje w „The Brood” Cronenberga, „Burn offerings” Curtisa czy niezapomniane role w filmach Kena Russela.

Oliver Reed w filmie „Dr. Heckyl and Mr. Hype „

Powrót do gotyckiej, gęstej i mrocznej atmosfery zapewniła nam ekranizacja z roku 1996. „Mary Rilly” to opowieść o młodej pokojówce (Julia Roberts), która szybko orientuje się, że jej nowy pracodawca (John Malkovich) wyjątkowo często zmienia swoje nastroje. Pomimo zagrożenia ze strony Mr Hyda, bohaterka filmu ulega jego zwierzęcemu magnetyzmowi i zakochuje się w obu wcieleniach Malkovicha (oczywiście nic dobrego z tego nie wyniknie).

Dwa wcielenia Malkovicha – gentleman i zwierzę i tylko jedna Julia Roberts. 

O ile „Niezwykły przypadek doktora Jekylla i Pana Hyde’a” często padał ofiarą komediowych gagów o tyle druga lektura z szalonym naukowcem w tle nie wzbudzała już tyle chęci reżyserów do umiejscowienia jej w humorystycznych okolicznościach. Latem 1818 roku, młoda Mary Shelly udała się wraz z mężem do Szwajcarii aby tam spędzić trochę czasu w towarzystwie znajomych (m.in. Lorda Byrona). Pogoda nie dopisała (był to okres tzw. roku bez lata), toteż każdego wieczoru przyjaciele opowiadali sobie fantastyczne historie. Zadaniem opowiadającego było przerażenie pozostałych słuchających. Mary wygrała opowieścią o doktorze zdolnym do ożywiania zwłok. Historia została spisana a dzięki niej drobnej postury autorka otrzymała status pionierki gotyckiej powieści i prekursorki literatury fantastyczno-naukowej. Nic więc dziwnego, że „Frankenstein” albo „Współczesny Prometeusz” doczekał się licznych adaptacji filmowych.

Pierwszą ekranizacją książki Shelley, była archaiczna wersja pochodząca ze studia Edisona, wyprodukowana w roku 1910. Ta adaptacja znacznie odbiegała od książkowego pierwowzoru bardzo pobieżnie traktując o rozterkach młodego studenta tworzącego monstrum, nie pokazując natomiast szerokiej gamy problemów etycznych i moralnych zaprezentowanych w książce. Najbardziej znanym odtwórcą roli potwora Frankensteina był bez wątpienia Boris Karloff. Zagrał w jednej z najbardziej rozpoznawalnych ekranizacji książki z 1930 roku. Film przyniósł mu ogromny rozgłos, stał się dla aktora błogosławieństwem ale i przekleństwem, gdyż raz skojarzony z potworem musiał go grać aż do końca lat sześćdziesiątych. Frankenstein i jego potwór stanowili źródło inspiracji dla wielu ekranizacji filmowych.  Wśród twórców znalazł się nawet Andy Warhol, reżyserując film „Flash for Frankenstein” z młodym Udo Kierem w roli szalonego naukowca. Chyba najbardziej wstrząsającą była wersja Kennetha Branagha z 1994 roku. Potwora o zmasakrowanej, pozszywanej twarzy zagrał (z resztą po mistrzowsku) Robert De Niro, a partnerowali mu znany z upodobania do ekranizacji dramatów Shakespeare, reżyser Kenneth Branagh oraz jego ówczesna partnerka Helena Bonham Carter.

Film „Frankenstein’s Army” stanowi wybuchową mieszankę, łączy bowiem w sobie kilka znanych i cenionych w świecie kina grozy elementów. Po pierwsze, jak sama nazwa mówi nawiązuje do książki Shelley „Frankenstein”. Po drugie pojawia się tu motyw szalonego naukowca. Po trzecie pojawia się jasno społecznie zinterpretowany symbol zła – naziści.

Warto przypomnieć, że motyw nazistów w kinie grozy nie jest wcale taki stary. Aby można było potraktować żołnierze III Rzeszy z przymrożeniem oka trzeba było poczekać  wiele lat a i tak temat ten stanowi tabu z sami wiemy jakich powodów. Niemniej słowa takie jak „SS”, „Nazista” czy „III Rzesza” stały się synonimami zła. Stąd horror zainteresował się tematem złych żołnierzy, ich złych planów i złych działań. Słudzy Hitlera mieli być tak zdeprawowani, że często po zakończeniu wojny nadal snuli plany o podboju świata a czasem nawet śmierć nie była w stanie ich powstrzymać.

W filmie „Shock Waves” z roku 1977 bohater filmu odkrywa komandora SS, który mieszkając na zapomnianej przez ludzi wyspie, rozmnaża nazistowskich zombie żołnierzy. Temat nieumarłych hitlerowców wrócił w niezwykle udanym komicznym kinie grozy „Dead Snow”, gdzie grupka studentów medycyny musiała stanąć oko w oko z hordą pragnących ludzkiego mięsa żołnierzy SS. Pomimo hektolitrów krwi, walających się po śniegu flaków i biegających żywych trupów film poza strachem, wzbudzał salwy śmiechu.

Niepokój i nerwowe dreszcze powodowała też jedna z części serii „Ilsa”. „Ilsa, wilczyca SS” to kolejna odsłona przygód uwielbiającej zadawanie bólu władczej dominy, która na terytorium Niemiec buduje swój harem w którym dręczy niewinne więźniarki (jeśli kochacie Ilsę to polecam film „She demons” z roku 1958). Część z filmów z dreszczykiem opierała się na próbach tropienia nazistowskich oprawców w miejscach do których najczęściej uciekali. Tak jest na przykład w filmie  Franklina J. Schaffner’a „Boys from Brazil” albo znanym dziele Johna Sleshingera „Maratończyk”. Naziści, jak to zwykle z symbolami zła bywa, budzili grozę ale i fascynację. W wielu filmach twórcy bawili się mieszankę seksu, namiętności, moralnego zepsucia i okrucieństwa (Pssolini „Salo” albo „Nocny portier” Cavani), sprawiając, że widz odczuwał uczucie dyskomfortu z powodu odrazy ale i fascynacji oglądanym obrazem.

Analizując obecność nazistów w filmach ciężko uciec od ich licznych przedstawicieli pośród szalonych naukowców. To właśnie oni, pomimo nikczemnej postury, wzbudzają największą grozę, gdyż na drodze odkrycia sekretu super człowieka „zmuszeni są” do zadawania bólu swoim przywiązanym do stołów operacyjnych ofiarom. Naziści w filmach grozy, podobnie jak szaleni naukowcy czy Frankenstein to zagadnienie na które można poświęcić nie tylko jeden artykuł ale i parę książek. Dziś jednak zmierzamy do zrecenzowania filmy „Frankenstein’s army”. Film jest debiutem w świecie długiego metrażu dla reżysera Richarda Raaphorsta, choć trzeba przyznać, że świat filmu nie jest mu obcy. Poza pięcioma filmami krótkometrażowymi udało mu się również popracować jako aktor, pisarz i producent. Reżyser nie krył jednak nigdy swojej fascynacji horrorem co widać w jego pierwszych studenckich produkcjach.

Koniec II Wojny Światowej. Grupa rosyjskich żołnierzy przemierza zniszczony walką kraj w poszukiwaniu zaginionych przyjaciół. Z czasem na horyzoncie zacznie majaczyć dziwna budowla. Okazuje się, że jest to sekretne nazistowskie laboratorium w którym ktoś stworzył przerażające, humanoidalne roboty, które wyposażone w wielkie (i różnorakie) bronie będą siały strach wśród sowieckiej drużyny.

O filmie zaczęło być głośno po tym jak wytwórnia Dark Sky Films pokazała światu zdjęcia cyborgów, które miały atakować bogu ducha winnych żołnierzy. Lista była naprawdę imponująca a potwory wyposażone były w całą masę niezwykłych narzędzi śmierci – od wielkich haków, przez piły tarczowe aż po gigantyczną wiertarkę wyrastającą z głowy jednego ze zmodyfikowanych żołnierzy. Jednakże ci z was, którzy mają nadzieję na krwawe mięso wirujące pod naporem nadnaturalnie ogromnych ostrych instrumentów, mogą poczuć się lekko zawiedzeni. Film widzimy bowiem z perspektywy jednego z żołnierzy, a dokładnie patrzymy przez obiektyw noszonej przez niego kamery, przez co „Armię Frankensteina” ogląda się trochę jakby z perspektywy gry komputerowej (swoją drogą taka gra mogłaby być wspaniała). Z każdym razem gdy żołnierz – filmowiec zostaje zaatakowany, kamera zaczyna wirować i obracać się. Po takiej sekwencji pełnej niezrozumiałych dla widza ruchów następuje ucieczka którymś z korytarzy, po czym dopiero wtedy kamera wraca do normalnego trybu. Szkoda, bo krwi jak na lekarstwo.

Mocna stroną filmu jest zastosowanie zabiegu znanego z Zombiowskiego „Domu tysiąca trupów”. W pewnym momencie, kiedy żołnierze kluczą po labiryncie podziemnych korytarzy przestajemy zdawać sobie sprawę z tego co zdarzy się za chwilę, kto będzie za kolejnymi drzwiami, jak wiele jest morderczych cyborgów. Tu znów możemy się pokusić o nawiązanie do scenariuszy rodem z gier komputerowych. Na każdym kolejnym poziomie żołnierze spotykają nowych przeciwników, znajdują nowe bronie i poznają kolejnych pobocznych bohaterów, którzy jakimś cudem przetrwali krwawe eksperymenty nazistowskiego władcy tego podziemnego świata.

I tu dochodzimy do postaci szalonego naukowca. Gra go dobrze nam znany z „Sieroty” czy „Hellboya” czeski aktor Karel Roden, który doskonale odnajduje się w roli spadkobiercy spuścizny Frankensteina. Roden łączy w sobie aparycje miłego dziadka, wyjętego niemalże z reklamy Werther’s Oryginal z nerwowymi i nieprzewidzianymi ruchami i decyzjami maniaka-szaleńca. Naukowiec podejmuje decyzje, zmienia je, denerwuje się i uspokaja. Jego zróżnicowane zachowanie idealnie pasuje do klimatu podziemnego laboratorium, które staje się fabryką potworów. Same eksperymenty naukowca są równie makabryczne, co fascynujące . Jeśli marzycie o tym, by ujrzeć biegający kociołek (serio!) albo pluszowego misia z kobiecą głową ten film zdecydowanie zaspokoi wasze oczekiwania.

Reasumując: Film nie jest niczym odkrywczym. Jest raczej wpisującym się w schemat solidnie zrobioną produkcją. Osobiście nie jestem fanem tzw. found footage, ale tutaj ta forma pokazania historii nie epatuje takim dramatyzmem jak w „Blair Witch Project” albo „The last exorcism”. Możemy mieć wrażenie tak dobrze znane z Tromy. Otóż reżyser, pomimo grozy całej historii, niejako odwraca się do nas i puszcza oko, przez co nie da się traktować tego filmu stuprocentowo serio. Potwory są przygotowane bardzo rzetelnie, podobnie jak scenografia. Niestety brak tu elementu klasycznego kina gore (jedno jelito wyciągnięte na widok to za mało). Gdyby w filmie pojawiło się więcej krwi, flaków i innych wydzielin ciała, oraz gdyby bardziej postawiono na wymyślność eksperymentów szalonego naukowca film byłby wspaniałą przygoda do przedziwnego świata nazistowskich eksperymentów na ludziach. A tak dostajemy mieszankę campu, nazi motywów, szalonych operacji – niestety żaden z wymienionych nie zostaje zgłębiony na tyle abyśmy poczuli, że temat został wyczerpany. Niemniej polecam.

Advertisements

One comment on “Germański cybotron

  1. Pingback: Europejski slasher czy holenderskie gore? | Stracha Mam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on Sierpień 2, 2013 by in Horror, Recenzja and tagged , , , , , , , .

Strachamam – Pinterest

Poster Perversion

Kocham dziwne kino

Kocham dziwne kino!

Panorama Kina

Cinema Frankenstein

Strach ma skośne oczy

Kategorie

Stracha Mam

Witaj w świecie grozy

DVD Commentary

From action movies to zombie flicks, sharing filmmakers' commentary on the films you love

AtmoWorks

A World Away, Worlds Within

The Dollar Horror Blog

A Celebration of All Things Spooky and Weird

Confessions Of A Christian Freak

[the various brain droppings, rants and general wackiness of Uncle NecRo]

Radio of Horror Blog

The Longest Running Horror Show in New England

Stigmatophilia's gore splattered corner of insanity.

Horror, Gore, Exploitation, Trash, Cult Movies; Reviews, Interviews, Music and More...

AnythingHorror.com

Horror Movies, Horror News, and So Much More

The Horrifically Horrifying Horror Blog

Inspiring ghouls of the fictional world of horror everywhere.

The B-Horror Blog

HORROR MOVIES: THE GOOD, THE BAD AND THE VERY, VERY UGLY...

Funky Jeff

Music&lifestyle worth writing about...

MAGIVANGA - magazyn kultury niepokornej

"Nigdy nie było dla mnie wystarczająco dziwnie." - Hunter S. Thompson

Świątynia Krzyku

Poezja Kosmicznego Horroru

%d blogerów lubi to: